pani-nad-nimfami blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

Kanar…

1 komentarz


  • yui
  • *********
  • 2008-05-12
  • 20:57:25
  • *********

żeniąc się ,a następnie
chrzcząc dziecko, rodzice mają obowiązek wychowywać swoje dziecko po
tzw. ‚religijnemu’ do czasu osiągniecia przez dziecko pełnoletności.

btw. jeszcze tak błędnego toku rozumowania jak na tym blogu nie widziałem
toz to robienie krzywdy samej sobie”

Taki oto komentarz znalazł się pod moją poprzednią notką. Zaciekawiona opinią komentującego nawiązałam kontakt meilowy, jednak okazało się, że podany meil nie należy do komentującej osoby.
Na prośbe właściciela meila komentarz zostaje usunięty.
Pisze o tym, żeby zaznaczyć, że kasowanie ma związek tylko z nieprawdziwym meilem.

Ponieważ nie ma innej możliwości skontaktowania się z yui pytanie z meila zamieszczam tutaj, licząc na odpowiedź.

Właściwie
dlaczego?

Wychowanie dziecka w duchu lub bez
ducha czegokolwiek to sprawa rodzica i nie mnie to oceniać.

Czemu uważasz pełnoletniość za punkt
graniczny? Może po osiągnięciu pełnoletniości też
powinni?

Czemu mój tok rozumowania jest
błędny? Bo uważam, że religia w naszym kraju przyjmuje niedopuszczalną formę
wioskowego voo-doo?

Toż to tylko moje zdanie w tej
kwestii, moja opinia, wystawiona na podstawie własnych, ciężkich
doświadczeń.

Na koniec najbardziej nurtujące mnie
pytanie: Czemu uważasz, ze robię krzywdę samej sobie?

Irmina Garret
Kanar Kasujący

Mój braciszek przystępuje do komunii.
Od dwóch lat bierze udział w żałosnym cyrku związanym z tą imprezą. Zmuszony
chodzić do kościoła i brać udział w mszy, której nie rozumie, uczyć się rzeczy,
na których widok odechciewa się jeszcze bardziej. Ma dość.

Rozumiem to. Za moich czasów było inaczej.
Szłam do kościoła, bo wszyscy szliśmy.
Atmosfera wzniosłości towarzyszyła temu na każdym kroku.
Rysowaliśmy pana boga za chmurką. Kościół jako dom.
Uczyliśmy się kilku modlitw i śpiewaliśmy wesołe piosenki o zrozumiałej treści,
a nasza cudowna katechetka opowiadała o czymś niezwykłym, co ma nadejść. Dzień
przed komunią dostąpiliśmy zaszczytu przystąpienia do spowiedzi, doskonale
przygotowani, pełni żalu i przestrachu jak też Bóg zareaguje na nasze grzechy.
Potem staliśmy się częścią czegoś wielkiego, pełnoprawnymi uczestnikami mszy.

A dziś?
Mój brat od 1 klasy chodzi z przymusu do kościoła, rozliczany z każdej mszy.
Uczy się kilkudziesięciu modlitw i każdego słowa Mszy Świętej na pamięć.
Miesiąc przed komunią przystąpił do spowiedzi, więc to, co nagrzeszy w
międzyczasie nie ma znaczenia. Zmęczony dziwnym rytuałem, którego nikt mu nie
wytłumaczył, szczuty przez katechetkę, na razie jedyną radość ma z faktu, że
dostał nowy garnitur.

Czego oczekuje po komunii?
Nie, nie czegoś nowego i cudownego. W końcu widzi to, co niedzielę w wykonaniu
bezzębnych babć.
Prezentów, telefonu, zabawek i pieniędzy.
I moim zdaniem należą mu się. Należą za to wszystko, co musiał przejść. Nie paskudne
obrazki, które zamyka się w szufladzie i zapomina do czasu przyjazdu
ofiarodawcy. Nie paskudną bombonierkę z okropnymi czekoladkami. Nie medalik,
który u chłopca wygląda idiotycznie.
Naprawdę.

Irmina
Wściekła.


  • RSS