ten musi mieć twardą dupę.

Tak mi zawsze mówiono.
Rozmawiałyśmy o tej notce już jakiś czas, ja i S. Otwierałam edytor, kładłam palce na klawiaturze, ale jakoś nie mogłam zebrać tego wszystkiego do kupy. Jest szósta rano. Już nie noc, jeszcze nie dzień. Sen ucieka.
Rok z życia, który udowodnił mi, że nie jestem w stanie poradzić sobie ze wszystkim i że są stany irracjonalne, gdy tracimy kontrolę.
Gdy tu siedzę, na moim „dziecinnym” łóżku, w moim pokoju, który dzielę z siostrą od tylu lat. Gdy patrzę na te ściany, książki, pluszaki, płyty, durnostojki, gdy słucham rozmów, kłótni, dyskusji, żartów, gdy oddycham tym powietrzem, tą atmosferą, nagle okazuje się, że choć wiem dlaczego wyjechałam, to nie potrafię. Tak bardzo, bardzo, bardzo potrzebuję tu być. Tu żyć, tu jeść, tu wstawać rano, tu się śmiać, martwić, dzielić.
Nie umiem tylko tego powiedzieć. Nie umiem wytłumaczyć kogo okłamywałam bardziej – ich czy siebie.
Na co liczyłam? Chowam się pod kołdrą? Może.
Może jest tak, że w przeciwieństwie do nich, ja wcale nie chciałam uciec z domu? Ja wiem, że powinnam, ale to nie znaczy, ze tego chcę.

Jak można powiedzieć, w oczy, bez ogródek, że nie jestem szczęśliwa? Źle mi tam, z tym. Duszę się w monotonni, nudzie, bezsensowności tych zajęć.
Więc nie chcę wracać, nie. Chcę do domu. I nie chodzi wcale o wakacje, bo ja chcę do pracy, żeby wreszcie z jakiś groszy nawet nie musieć się rozliczać, nie być rozliczana. Chodzi o to, że tu jest dom, tu jest moje serce, moje bezpieczeństwo, moja pewność, że wszystko będzie dobrze.
We Wrześniu wrócę do Posen jeszcze raz. Spróbować znowu, czy już jestem duża. Nawet, jeśli nie będzie tak jak sobie wymarzyłam, to pójdę do pracy i na wieczorowe. Na błędach należy się uczyć. Choć wszyscy wiemy, że najlepiej na cudzych, to jednak najskuteczniej na własnych. I tak powtarzam cicho, że przecież mogłam być w ciąży.
W jakiś sposób zawiodłam i jestem na siebie zła, bo to nie tak miało być.
Nie dałam rady.

I pewnie masz rację mówiąc, że uciekam od bycia dorosłą. Bo uciekam. Ale też, ja całe życie jestem dorosła, w porównaniu. Popełniam błędy, ale zawsze inaczej jestem za nie rozliczana. Odpowiedzialna, samodzielna, dojrzała, dorosła.

Jaka to jest ładna maska, jaka trwała, a wystarczyło tych kilka miesięcy z dala od was, waszych oczu, waszych słów, waszego ciepła i okazało się, że infantylna dziewczynka, która boi się ludzi, introwertyczka i panna nikt wyłazi z pod tej maski. A taka byłam pewna, że jej już nie ma.

Czego się więc nauczyłam?
Nie iść ślepo przed siebie.
Mierzyć siły na zamiary.
Mówić, nawet jeśli wydaje się, że nikt nie ma czasu słuchać, bo wtedy to przynajmniej nie moja wina.
Sięgać po to, czego pragnę, a nie brać tego, co jest łatwe i pod ręką, bo nic tak nie zabija jak marazm.

Ach, baty były, kop w dupę był, trudna decyzja była i teraz tylko pozostaje hallelujah i do przodu.
I wyjechać do pracy.
Szybciutko.

Pani
Irmina

PS: S. kocham Cię.
PPS: Było też odkrywanie siebie. Przyznawanie się do siebie. Był wieczór depresyjny, było dwadzieścia herbat, były czary i wróżby, były imprezy i kurczak z musztardą. Była ruda maupa, Zioła i Litwin. Patrzyłyśmy w Inną Stronę i szukałyśmy kuzynki, córki, dziewczynki. Dziękuję.

P. i S. tę notkę dedykuję.
Przyjaciołom.