pani-nad-nimfami blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

Niniejszym uciekam z blog.pl.
Z wilekim żalem, jako że była to pierwsza i długo ukochana platforma blogowa. Ale czas już się pożegnać.
Blog pozostanie w swoim obecnym kształcie, zawartości przenosić nie będę. Po dalszy ciąg tej historii zapraszam na:

lady-nymph.blogspot.com

Mam nadzieję pozostać w waszej pamięci i zapraszam do dalszych odwiedzin.

I.

Dlaczego rezygnować? Tyle nieba mamy przecież ponad nami.
Raoul Follereau

Patrzę wokół siebie i szukam czegoś, co się zmieniło. Wróciłam czy utknęłam?
Płacę za błędy czy od nowa uczę się chodzić?
Nic nie wiem, nic nie rozumiem.

Socjologia jest jak uzyskanie odpowiedzi na wszystkie niezadane pytania. Wiem, o co chodzi.

Nadal jednak nie lubię ludzi. Czuję się oderwana. Patrzę z boku.

Trzydzieści osób bez kontaktu, wspólnych zainteresowań. Trzy tygodnie i wciąż nie wiemy nic.
Kim jesteście?
Co tu robicie?

Nazywam się Aiko i mam 20 lat. Nie lubię dżemu z masłem i grochówki. Słucham muzyki klasycznej. Czytam komiksy. Jestem aspołeczna.
Aspołeczna Aiko.

Olek jest inny. Olek jest miły. Olek jest inny.

Inny, inny, inny. A kto niby jest taki sam?

Panna-z-gastronimika miała 14 lat, gdy straciła dziewictwo. Miała 16 lat, gdy jej matka, która tak jak jej babka, miała raka chciała ją zaszczepić. Ty dziwko.
Dziewictwo straciła w hotelu, ale było paskudnie.

Bliźniaczki mają paskudny kolor włosów i choć ubierają się identycznie nie są takie same. Chciałyby być.

Mi jest nudny, nudny, nudny. Ma swoje kółko znajomych i lubi pić.

Grzywka chodzi ze mną na jogę, ale nie wiem jak ma imię. Jego koleżanka z jogi chyba chodzi ze mną na studia. Też nie wiem jak ma na imię.

Gaeltacht to była rodzina prawie. Ty, ja, my, oni.
Tu nikt nikogo nie interesuje. Nikt nikogo nie zaczepia. Jesteśmy obcymi ludźmi w tym samym miejscu.

~~~

A ostatnio przeczytałam, że młodym socjologom brakuje otwartości, która powinna ich cechować.
Socjolog obserwuje, analizuje, ale nie ocenia. Ty, ja, oni.
Jestem więc socjologiem. Chcę być socjologiem.
Kim jest panna-z-gastronomika?

Ta,
I.

‚Dreams! adorations! illuminations! religions! the whole
        boatload of sensitive bullshit!’ – ‚Howl’ by Allen Ginsberg

Krzyk atakuje ze wszytkich stron. Coś tu pęka, coś się łamie.
Ucieka nam coś ważnego jakbyśmy zupełnie przestali dbać o to co dla nas najcenniejsze.

Strach. Kto tu kogo krzywdzi i za co? Co tu jets takiego w powietrzu?
Nigdy nie byliśmy normalni.

Dobrze jest móc zacząć od nowa. Jestem szczęśliwa. Ten rok był krokiem w bok. Nie cofnęłam się może, ale też nie poszlam do przodu. Teraz pójdę. Chcę, zależy mi. Chcę robić to co dla mnie cenne, co mnie kręci.

Czy ty mnie rozumiesz? Wiesz czemu się boję?

To jeszcze nie może być koniec, ale coś zrobić trzeba. Nie jest dobrze gdy chodzimy wokół siebie na palcach, nie sądzisz?

Ah.

I.

Większość głosów w powyższej debacie nie ma kompletnie nic wspólnego z jej tematem.
Odzywa się mnóstwo osob deklarujących ateizm i nawołujących do buntu – „ateista też człowiek”. Tylko co z tego? Pytanie brzmi, czy ateista powinien mieć możliwość brania ślubu kościelnego.

Po co? Jeśli ktoś jest ateistą rzeczywiście, to udział w ceremonii jest kpiną, do której nikt nie ma prawa. Jeśli dwie osoby o rożnych poglądach religijnych chcą brać ślub powinni ograniczyć się do ślubu cywilnego. Jest decyzją osoby wierzącej czy jest ona gotowa żyć w związku bez ślubu kościelnego, bowiem ślub kościelny wzięty przez jednego z małżonków „na niby”, „dla rodziny”, „bo ładny” jest po prostu kpiną z cudzej wiary. Nie chodzi tu nawet o współmałżonka, ale raczej o wszystkich tych, ktorzy rzeczywiście daną religię wyznają i biorą udział w ceremonii, a nie tylko siedzą w ławkach.
Nie wyobrażam sobie życia dzielonego przez osobę wierzącą/praktykującą i rzeczywiście ateistę. Oznacza to przecież, że jedno z małżonków będzie się godziło z pomijaniem jego poglądów na rzecz wizji drugiego, lub że temat ten będzie kompletnie pomijany.
W końcu, dla osoby wierzącej wychowanie dziecka poza religią jest grzechem.
Nie, ateista, który nie idzie na rękę rodzinie nie będzie brał ślubo kościelnego i nie powinien też mieć takiej możliwości.

I.

ten musi mieć twardą dupę.

Tak mi zawsze mówiono.
Rozmawiałyśmy o tej notce już jakiś czas, ja i S. Otwierałam edytor, kładłam palce na klawiaturze, ale jakoś nie mogłam zebrać tego wszystkiego do kupy. Jest szósta rano. Już nie noc, jeszcze nie dzień. Sen ucieka.
Rok z życia, który udowodnił mi, że nie jestem w stanie poradzić sobie ze wszystkim i że są stany irracjonalne, gdy tracimy kontrolę.
Gdy tu siedzę, na moim „dziecinnym” łóżku, w moim pokoju, który dzielę z siostrą od tylu lat. Gdy patrzę na te ściany, książki, pluszaki, płyty, durnostojki, gdy słucham rozmów, kłótni, dyskusji, żartów, gdy oddycham tym powietrzem, tą atmosferą, nagle okazuje się, że choć wiem dlaczego wyjechałam, to nie potrafię. Tak bardzo, bardzo, bardzo potrzebuję tu być. Tu żyć, tu jeść, tu wstawać rano, tu się śmiać, martwić, dzielić.
Nie umiem tylko tego powiedzieć. Nie umiem wytłumaczyć kogo okłamywałam bardziej – ich czy siebie.
Na co liczyłam? Chowam się pod kołdrą? Może.
Może jest tak, że w przeciwieństwie do nich, ja wcale nie chciałam uciec z domu? Ja wiem, że powinnam, ale to nie znaczy, ze tego chcę.

Jak można powiedzieć, w oczy, bez ogródek, że nie jestem szczęśliwa? Źle mi tam, z tym. Duszę się w monotonni, nudzie, bezsensowności tych zajęć.
Więc nie chcę wracać, nie. Chcę do domu. I nie chodzi wcale o wakacje, bo ja chcę do pracy, żeby wreszcie z jakiś groszy nawet nie musieć się rozliczać, nie być rozliczana. Chodzi o to, że tu jest dom, tu jest moje serce, moje bezpieczeństwo, moja pewność, że wszystko będzie dobrze.
We Wrześniu wrócę do Posen jeszcze raz. Spróbować znowu, czy już jestem duża. Nawet, jeśli nie będzie tak jak sobie wymarzyłam, to pójdę do pracy i na wieczorowe. Na błędach należy się uczyć. Choć wszyscy wiemy, że najlepiej na cudzych, to jednak najskuteczniej na własnych. I tak powtarzam cicho, że przecież mogłam być w ciąży.
W jakiś sposób zawiodłam i jestem na siebie zła, bo to nie tak miało być.
Nie dałam rady.

I pewnie masz rację mówiąc, że uciekam od bycia dorosłą. Bo uciekam. Ale też, ja całe życie jestem dorosła, w porównaniu. Popełniam błędy, ale zawsze inaczej jestem za nie rozliczana. Odpowiedzialna, samodzielna, dojrzała, dorosła.

Jaka to jest ładna maska, jaka trwała, a wystarczyło tych kilka miesięcy z dala od was, waszych oczu, waszych słów, waszego ciepła i okazało się, że infantylna dziewczynka, która boi się ludzi, introwertyczka i panna nikt wyłazi z pod tej maski. A taka byłam pewna, że jej już nie ma.

Czego się więc nauczyłam?
Nie iść ślepo przed siebie.
Mierzyć siły na zamiary.
Mówić, nawet jeśli wydaje się, że nikt nie ma czasu słuchać, bo wtedy to przynajmniej nie moja wina.
Sięgać po to, czego pragnę, a nie brać tego, co jest łatwe i pod ręką, bo nic tak nie zabija jak marazm.

Ach, baty były, kop w dupę był, trudna decyzja była i teraz tylko pozostaje hallelujah i do przodu.
I wyjechać do pracy.
Szybciutko.

Pani
Irmina

PS: S. kocham Cię.
PPS: Było też odkrywanie siebie. Przyznawanie się do siebie. Był wieczór depresyjny, było dwadzieścia herbat, były czary i wróżby, były imprezy i kurczak z musztardą. Była ruda maupa, Zioła i Litwin. Patrzyłyśmy w Inną Stronę i szukałyśmy kuzynki, córki, dziewczynki. Dziękuję.

P. i S. tę notkę dedykuję.
Przyjaciołom.

Jacy to my jesteśmy cudowni, jacy wyjątkowi, jak te złe niemieckie świnie mają czelność nas – Polaków, obrażać. O, a angole to jeszcze gorsi, myślałby kto, że tacy fajni z tą swoją królową, o!

Jakie to jest żałosne, gdy sami z siebie śmiać się nie umiemy, albo nawet, śmiejemy się z siebie jak długo inni traktują nas, jako wybranych.
Ilu z obecnych tu ogląda Kiepskich, Ranczo, czy dowolny inny serial na tym poziomie? Śmieszy was idiotyzm bohaterów? Podziwiacie ich prostackie życiowe mądrości? To co was tak oburza w Marku i jego Żubrówce? Że się koza powinna Żołądkowa nazywać? Z innych narodów nabijamy się radośnie, śmiejemy z Jasia Fasoli, Charliego Chaplina, grubych Amerykanów, niezrozumiałych Japończyków, pijanych Ruskich, wybuchających Arabów, Wietnamczyków, Francuzów, Żydów, czarnych, białych, gejów, księży, polityków… I można by tak w nieskończoność. Trochę pokory wobec świata, trochę poczucia humoru Panie i Panowie.

A piosenka na drogę.

„Metro” – Hasła

Żyjemy hasłami, wciąż karmią tym nas
Nie wiemy już sami gdzie prawda gdzie fałsz
Tu walka o pokój, gdzie pokój już był
Dotrzymać chcesz kroku, dwa kroki daj w tył.

Kto hasło wymyśli ma patent na świat
W formułkę cię wciśnie – już wiesz ileś wart
Bałagan totalny w umysłach niech trwa
Koloryt lokalny znaczenie tu ma:

Miłość francuska, dusza słowiańska
Włoch – makaroniarz, angielski chłód
Niemiecki problem, grypa hiszpańska
A murzyn czarny, bo lubi brud.

Amerykanin – nogi na stole
Włoch – makaroniarz, arabski – szczyt
Rosjan nie drażnić, pije jak Polak
A Żyd…

By móc się rozbroić potrzebna jest broń
Łańcuchem pokoju skrępują ci dłoń
Więc w sprawach poważnych siedź cicho jak mysz
We Francji jedz żaby, w Japonii jedz ryż.

Z obcymi jest kłopot i żaden z nich zysk
We wspólnej Europie nie dadzą ci wiz.
Odległość niewielka tu Rzym, a tu Krym
W „Paryżu północy” american dream.
Miłość francuska, dusza słowiańska
Włoch – makaroniarz, angielski chłód
Niemiecki problem, grypa hiszpańska
A murzyn czarny, bo lubi brud.

Amerykanin – nogi na stole
Włoch – makaroniarz, arabski – szczyt
Rosjan nie drażnić, pije jak Polak
A Żyd jest zdolny, szkoda, że Żyd.

Tu jest prawica, a tam lewica
Może odwrotnie? Daremny spór
Gdy między ludźmi biegnie granica
Z lewej czy z prawej patrzysz na mur?

Piszmy na murach, stropach i rurach
Znakami, których nie da się zmyć
Napisy własne, prywatne hasła
Każdy jest inny – dajcie nam być!

Irmina

Echo…

Brak komentarzy

Ano minęło trochę czasu. Z października zrobił się marzec.
Semestr zimowy przeszedł w letni. Pierwsza sesja za mną. Życie płynie, czasem
gładko, czasem mniej, ale wciąż nieustannie do przodu. Odnowiłam ostatnio
kontakt z tą, którą kocham i dobrze mi z tym. Poznałam lepiej tą, z którą żyję
i jest super. Dobrałyśmy się jak w korcu maku (albo akademiku). Poznań
oswoiłam. Nie znam go może jeszcze tak jak Łodzi, ale nie przeraża mnie on już
tak bardzo jak na początku. Jeżdżę samochodem pewniej, niż gdy zaczynałam, co
zapewne jest naturalne, ale i nie można mi odmówić tych wyjeżdżonych kilku
tysięcy kilometrów (sic!). Nadal jednak jeździć nie lubię.

Zatrzęsła moim życiem w posadach strata mojego ukochanego Dziadka, ale myślę,
że on wolałby abyśmy zamiast się łamać szli do przodu, tak by mógł być z nas
dumny.

Ostatnio w głowie namnożyło mi się problemów, „pajęczyn”, i dziwna
jesienna niemoc (wiosną o dziwo) mnie dopadła. Teraz jest już lepiej, rozmowa
ze Starszym przyniosła rezultaty szybko. Żeby tylko jeszcze te małe gupki się powstrzymały
choć trochę.

Dorosłe (ha ha) życie męczy. Wymaganie stawiane samej sobie, czy też te
postawione przez innych wydają się czasem zbyt duże. Jednak trzeba znaleźć siłę
by wstać po raz kolejny, by z uśmiechem na ustach iść do przodu. Ach, wiosna.

Jako dziecko wiosny, dziecko marca, teraz nareszcie czuję się dobrze. Zmęczyła
ta zima.

Docieranie się z drugą osobą na tak małej przestrzeni, jaką jest nasz pokoik
jest trudne. Natrafia się na bariery, różnice w poglądach, oczekiwaniach, podejściu
do życia. Są słowa, których należy unikać, rzeczy, których nie można robić.
Życie tak blisko oznacza utratę pewnej swobody, do której w domu rodzinnym
(moim przynajmniej) jest się przyzwyczajonym. Świecenie gołym tyłkiem do tychże
należy. Ach, moje kochane nocne koszulki…

Mimo to pasujemy. Omijamy to, czego tykać nie należy, śmiechem zabijamy
niepewność, nie wstydzimy się rozmawiać, krytykować i komplementować. Walczymy
z własnymi humorkami. Zyskałam? Zyskałam. Umiejętność wczucia się w potrzeby
drugiej, jednak obcej (w porównaniu z rodziną) osoby, w końcu inaczej się
mieszka razem dwa tygodnie a inaczej trzy miesiące, wrażliwość na stan ducha,
rozwój empatii. Zdrowy rozsądek, tolerancję i humor sytuacyjny. Jest fajnie.

Pozdrawiam serdecznie i obiecuje postarać się wrócić wcześniej niż za kolejne
pięć miesięcy.
Irmina

Rodzice…

2 komentarzy

Trzeba kochać. Być blisko, słuchać, pytać.
Pokazać dziecku, że jest się człowiekiem.
Trzeba wiedzieć gdzie, jak i dlaczego.
Trzeba znać własne dziecko na tyle by czuło się zauważone. Wiedzieć dość by móc
doradzić, wesprzeć.
Trzeba rozmawiać. Odpowiadać na najtrudniejsze nawet pytania. Nie bać się
dyskusji, nie narzucać własnej opinii. Pozwolić na szukanie innych opcji.
Trzeba strzec, czuwać, wybaczać, przyjmować za każdym razem z powrotem.
Otwierać drzwi o 4:30. Trzeba wspólnie wypić pierwsze piwo, wznieść pierwszy
toast.
Rodzic nie musi być ideałem, nie musi wiedzieć wszystkiego. Musi natomiast szukać
rozwiązań razem ze swoim dzieckiem.
Musi czekać.
Dziecko musi wiedzieć, ze drzwi do pokoju rodziców zawsze są otwarte, ze nie ma
przed nim tajemnic.
Rodzica, który jest autorytetem dziecko nie boi się mieć w znajomych na
Facebooku.

Aby być autorytetem nie trzeba być ani surowym, ani rozpieszczać. Trzeba być
obok.

Z wyrazami miłości dla najwspanialszych rodziców na świecie, moich życiowych
autorytetów, mojego oparcia, mojej inspiracji.
Mamie i Tacie.
I.

In vitro…

5 komentarzy

Popieram. Wolno mi.
Popieram prawo do decydowania we własnym zakresie czy chcemy mieć dziecko w taki czy inny sposób, oraz czy w ogóle je chcemy. Jestem przeciwna wrzucaniu do sierocińców dzieci z imprezy, słoneczka czy gwałtu. Nic w tym dobrego ani dla społeczeństwa, ani dla tych dzieci, z których większość skończy na dnie.

Kilka komórek na krzyż to NIE JEST dziecko.

Jestem wiedźmą. Zasada trzech pozwala mi jedynie życzyć wszystkim aby zawsze mieli możliwość podjęcia decyzji zgodnych z własną wolą i sumieniem i tym, którzy chcą dzieci aby mogli je mieć.

Miałam w sumie o polityce nie pisać, ale ze temat jest mi bliski, to coś jednak powiem.

Pani Radziszewska udzieliła wywiadu, w którym powiedziała na podstawie znanych jej informacji, że szkoła katolicka, organizacja czy zgromadzenie religijne mają prawo nie zatrudniać osób, które deklarują preferencje przez daną religię uznawane za złe czy grzeszne.
Nie wiem czy to, co powiedziała pani Radziszewska jest prawdą. Czytając wypowiedzi w gazetach mam wrażenie, ze nikt nie wie jak jest naprawdę. Ba, nikogo to nie interesuje.
Pani Radziszewska nikogo nie obraziła, jej wypowiedź nie była nietolerancyjna lub homofobiczna. Nie możemy oczekiwać, ze kościół nagle uzna homoseksualizm za dobry skoro religia ta zakłada ze jest to grzech. Tyle.
Pani Radziszewska niepotrzebnie powiedziała to, co powiedziała na wizji, ale przeprosiła. Można wybaczyć lub nie, ale ona przeprosiła.

Mam znajomych homoseksualistów, sama deklaruję biseksualizm. Nie czuję się obrażona przez słowa pani Radziszewskiej. Nie możemy oczekiwać, że świat padnie przed nami na kolana. Jest takie mądre przysłowie „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” nie zmuszajmy innych do uznania naszych poglądów za jedyne słuszne, bo sprowadzamy się tym samym do ich poziomu. Środowisko homoseksualne powinno zdać sobie sprawę z tego, ze cały świat nie musi nas kochać, wystarczy, ze będziemy żyć  razem w pokoju.

Nie jestem zwolenniczką parad. Rozumiem, czemu są koniecznością, ale ich nie lubię. Nie jestem zwolenniczką przyznania ulg podatkowych przysługujących rodzinom dla par homoseksualnych, ponieważ te ulgi wynikają z rzeczy, których homoseksualna para nie może dać społeczeństwu – nowego życia/dziecka.
Jestem za równym traktowaniem, prawem do pracy, do szacunku, do manifestacji uczuć w sposób nie obrażający innych, za prawem do odwiedzin w szpitalu, prawem do decyzji o pochówku partnera, dziedziczenia testamentowego, prawem do uznania przez państwo związku, jako formalny. Ba, nawet za prawem do adopcji, wychowania dzieci, bo nie wierzę w niszczący efekt tegoż, choć pewnie należałoby to zbadać. Jestem zwolenniczką poglądu, że „Wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.”
WSZYSCY niezależnie od preferencji, poglądów, wierzeń, koloru skóry, czy przekonań mamy prawo czuć się szanowani i bezpieczni żyjąc w jednym kraju.

Tak więc nie uważam, ze pani Radziszewska musi odejść. Nie uważam, że homoseksualizm jest zły i pani Radziszewska ma racje i nagle zaczęła iść dobrym tropem.

Gdzie jestem we współczesnym świecie?


  • RSS